Valerian & Laureline na tle najnowszego filmu SF

646

„Transformers”, „Battleship”, „Pacific Rim”, „John Wick”, „Bad Boys”, „Niezniszczalni” czy słynnych „300”. Czyli dzieci Snydera, Baya. Wreszcie „Valerian & Laureline”. Drodzy czytelnicy – znacie klimat tych filmów, prawda? Mają dla mnie pewną istotną cechę wspólną. Ona mnie przyciąga, kusi, przyjemnie drażni zmysły i uzależnia… są ładne.

To bardzo ważne! Oglądam je z rozkoszą. Wracam do nich mimo braku zaskakującej fabuły lub złożonej psychologii postaci. Nie niosą przesłania. Nie prowokują do refleksji. Nawet jeśli twórcy próbują miejscami wcisnąć nam poważniejszy temat i sprowokować do dyskusji i przemyśleń, nie jest to kluczowa misja tych produkcji.

FILMY BEZ GŁĘBOKIEGO SENSU TEŻ SĄ POTRZEBNE

Nie odkryję Ameryki, jeśli napiszę że według mnie po prostu służą rozrywce. Oglądając je, można odpocząć. Przynajmniej mi pozwalają się zrelaksować, zanurzyć na chwilę w nieco innym niż codziennym świecie. Nacieszyć się spektakularnymi widokami, ubawić dialogami pomiędzy bohaterami. Zamiast sensu i realności zależy mi na spójności. Mnie tylko jej brak kole w oczy.

Gdy jest zachowana, tak naprawdę nie doszukuję się niedociągnięć. Mogę zanurzyć się w zaserwowanym mi w filmie świecie bez pamięci. Poczuć go, zamiast zrozumieć. Przez to dać umysłowi odpocząć, a duchowi nacieszyć. Mój mały wewnętrzny chłopczyk musi czasem poskakać z radości na coś spektakularnego.

Rzecz jasna nie zawsze mam takie podejście. Gdy bohaterowie są przedstawieni na odlew a dialogi potraktowane po macoszemu, cały klimat kończy w rynsztoku, sponiewierany. Wtedy poluję na wszelkie błędy, nieścisłości, luki i inne punkty zaczepienia. Jestem zły o próbę oszukania moich zmysłów i oczywiście wielce rozwiniętego intelektu na prymitywne sposoby. Nie dadzą mi się ubawić, to dopieszczę ego i wyżyję się analizując film do cna.

Są też franczyzy, od których wymagam więcej. Nie chcę widzieć ich twórców odchodzących od fundamentów serii na rzecz ociekających pikselami w pełnej rozdzielczości efektów. Wykorzystywanie wyrobionej marki do sprzedawania półproduktów jest godne pożałowania. Dostosowywanie się do mody i zwabianie ludzi błyskotkami brzydzi mnie na dłuższą metę. Wtedy boli mnie serce wiernego fana. Świetnym przykładem są Piraci z Karaibów.

Tego błędu zazwyczaj nie popełnia się w nowych spektaklach. To słowo jest celowe, bowiem czasem reżyser nie ukrywa, że szykuje wizualną bombę z dobrymi aktorami. Nie dla sensu i treści, tylko formy i zabawy nią. Jako widz uprzedzony o tym, mam zupełnie inne oczekiwania podczas seansu. „Valerian & Laureline” spełnili je co do joty. Chociaż początek filmu nieco straszy. Brak dialogów i zarysowania jakiejkolwiek długotrwałej akcji, widoczne w zapowiedzi, nie trwają na szczęście zbyt długo. Ale wystarczająco, by zrozumieć, że momentami będziemy po prostu podziwiać pejzaże CGI. Luc Besson trochę na ten widok czekał – dajmy mu się nim nacieszyć. Poza tym polecam przyłączenie się. Jest na czym buzię rozdziawić!

JAK KOMIKSOWI BOHATEROWIE RADZĄ SOBIE NA WIELKIM EKRANIE?

Źródło: tumblr.com

Szkoda, że film jest cenzuralny… niemniej ta scena to wciąż dobry smaczek.

W „Valerian & Laureline” właśnie w pierwszych minutach rzucają nas na głęboką wodę. Szybko idzie się przyzwyczaić, że prawdziwą fabułą jest relacja tytułowych bohaterów. Końce świata, tajne misje i ocenzurowane kluby dla panów (i tak Tobie dziękuję, Rihanna) są tylko tłem. Piaskownicą, w której poznajemy kosmiczny duet w miarę jak przerzuca kolejne zabawki.

Niezmiernie mnie ujęło, że Besson zachował równowagę pomiędzy kluczowymi postaciami. „Valerian & Laureline” jest jednym z niewielu filmów akcji/SF, w których w parze głównych bohaterów nie można w zasadzie wskazać osoby dominującej. Nawet w „Piątym Elemencie” reżyser skupił się w moim odczuciu przede wszystkim na postaci odgrywanej przez legendarnego Bruca Willisa. Z kolei tutaj poświęcił najważniejszym postaciom tyle samo czasu ekranowego. Są sekwencje, w których występują razem. Kiedy indziej obserwujemy ich działania bez partnera.

Valerian & Laureline ratują się nawzajem. Pokazują przy tym swoje mocne i słabe strony. Tych drugich więcej pokazuje Valerian. Jest nieco zadufany, zbyt pewny siebie. Przy tym apodyktyczny. Ma okazję ku okazywaniu tych cech jako dowódca Laureline, ale też w stricte prywatnej, miłosnej relacji. Mimo to widzimy, że dba o nią i zależy mu na niej. Jest lojalny. Stopniowo uczy się jej ufać oraz ustępować. Ten proces przedstawiono realistycznie. Valerian pozostaje spójną postacią.

Pocałunek prawdziwej miłości?

Również Laureline zachowuje się autentycznie. Jej wady nie są przedstawione w tak negatywnym świetle. Mają raczej podkreślać jej humorek i atrakcyjność. Przynajmniej ja tak odbieram jej pojedyncze wybuchy porywczości. Być może wyszło to naturalnie i bez przesady, ponieważ wg wywiadów Laureline jest taką kobietą, jaką chce być Cara Delevingne. W dużym skrócie jest silna, niezależna, inteligentna i zadziera noska. Miło mi na to popatrzeć. Zarówno we wspólnych przekomarzaniach, jak i gdy duet Valerian & Laureline sprzymierza się w rozmowie z innymi postaciami. Kto się czubi, ten się lubi. Może dlatego miłosny wątek tylko pojedynczymi chwilami zalatuje patetyczną, mdłą ckliwością znaną z hollywoodzkich produkcji?

RÓWNOWAGA ŹLE SIĘ SPRZEDAJE?

Mówiąc o zespole, jaki tworzą Valerian & Laureline tym bardziej upieram się przy pisaniu obu imion w tytule filmu. Skoro mówi się, że Luc Besson skrupulatnie oddał realia komiksu, którym inspirował się podczas tworzenia filmu – czemu zniekształcił nazwę? Być może jakiś marketingowy mędrzec udzieliłby mi skomplikowanej i specjalistycznej odpowiedzi na to pytanie. Nie potrzebuję tego! Przecież gorzej by było, gdyby chwalono się w tytułach równym podejściem do tytułowych postaci, a potem podczas seansu wyszedł na jaw totalny brak pokrycia dla sloganów o równouprawnieniu. Wystarczy mi, że Valerian & Laureline na ekranie tworzą prawdziwy, partnerski duet.

W takich filmach mieliśmy często superbohatera o niemal nadludzkich umiejętnościach i stereotypową, amerykańską seksbombę. Tak dla dekoracji, coby oko cieszyła. Odchodzi się od tego. Jestem niezmiernie wdzięczny reżyserowi za dobranie przede wszystkim porządnych aktorów i dobre narysowanie ich charakterów. Co więcej, nie wstydzenie się tego! Pokazanie Dana DeHaan w samych bokserkach widokiem z „300” nie jest. Bardzo dobrze. Nie o to w tym spektaklu chodzi.

Źródło: www.superherohype.com

Owszem, początkowa scena z Valerianem oraz Laureline jest pretensjonalna. Besson naprawdę rzuca nas na głęboką wodę. Muszę przyznać, że nawet tęsknię za tym minimalnym kiczem we flircie pana majora… aż się łezka w oku kręci…

JAKI JEST EFEKT PO OBEJRZENIU?

Z bohaterami zżyłem się do tego stopnia, że odszukałem na Amazonie przetłumaczone z francuskiego na angielski książkowe tomy komiksów z serii „Valerian & Laureline”. Poważnie zastanawiam się nad kupnem! Mógłbym sprawdzić, czy rzeczywiście tak wiernie oddano uniwersum powstałe na papierze w latach 60. Cała produkcja jest zapewne spełnieniem marzeń oraz zabawką w rękach Luca Besson. Nie dziwię się, że jako pasjonat franczyzą od najmłodszych lat, a dziś uznany reżyser, zdobył $180 mln budżetu. Końcowy efekt już teraz jest zacny, ponieważ póki co boxoffice sięga $211 mln (dane z filmweb.pl z dnia 12 września 2017 r.). Wciąż rośnie.

Źródło: http://www.europecomics.com

Pilotażowy komiks ujrzał światło dzienne w 1967 roku

Może dlatego, że jeśli nie widzimy w kinie filmu z wieloma dnami, to niekoniecznie oczekujemy od niego brutalności ślizgającej się na cieknącym zewsząd prymitywnym seksapilu? Chyba, że nie jest prymitywny… Tak czy inaczej kupuję wizję kręcenia produkcji od początku do końca, by zabawić się formatem i pokazać ciekawe postaci. Dla przyjemności. Dlatego uwielbiam „Turystę”. Pokazał bardziej błyskotliwe dialogi i zaskakiwał bardziej niż „Valerian & Laureline”. Science-Fiction równoważy to dla mnie technologicznymi wymysłami twórców – bardzo inspirującymi.

UMYSŁ PRACUJE, GDY ODPOCZYWA

Przykładowo na ten spektakl poszedłem do kina podczas weekendowego wypadu do Warszawy, w przerwie od pisania artykułu o filozofii stojącej za Neuralink. Miałem lekki zastój. Nie byłem pewny, jak ustosunkować się do umieszczania wewnątrz mojej czaszki urządzeń typu Neural Lace. Z tym szybko skojarzył mi się czip, jaki Valerian miał widoczny na szyi przez większość czasu trwania akcji. Kontaktował się dzięki niemu z pozostałymi bohaterami… oraz AI sterującą jego okrętem. Takiego urządzenia bym używał. W filmie nie ma najmniejszego wytłumaczenia o działaniu tego urządzenia. Jednak zapamiętałem je jako nieco mniej inwazyjne i ruszyłem dalej z pisaniem artykułu.

Skoro o technicznych aspektach mowa, pragnę pochwalić twórców za świetne zmontowanie filmu. Ujęcia są dosyć długie, nie zmieniają się za często, kamera pewnie i bez turbulencji pokazuje akcję. Rozpływałem się przy pojedynczych, pociągłych jazdach kamery biegnącej za Valerianem lub ścigającymi się statkami. Besson wycisnął wtedy wszystkie soki z głębokich i malowniczych krajobrazów futurystycznego świata. Ponadto oprawa muzyczna jest bardzo klimatyczna. Znajdziemy tam nie tylko stricte filmową muzykę skomponowaną przez Alexandre Desplat, ale też kawałki śpiewane przez Davida Bowie, Alexiane, Juliena Rey, Charlesa Bradley czy grającej w filmie Cary Delevingne (krótka playlista tutaj 😉 ).

Jak widać czasem warto obejrzeć bajkową i kolorową superprodukcję. Mimo że nie zmieni naszego światopoglądu i nie będzie nas na każdym kroku zaskakiwała – jako przyjemna do oglądania zwyczajnie umili nasz czas. Przywoła uśmiechy, pozwoli na chwilę wyłączyć umysł i poddać go obowiązkowej dla zachowania równowagi we wszechświecie degeneracji. A nóż do czegoś nas zainspiruje oraz pozwoli odświeżonym i zrelaksowanym wyjść z kina? Byleby „Valerian & Laureline” nie zmieniono na siłę w kolejną niekończącą się kinową franczyzę, w której ilość przedkłada się nad jakość…

O autorze /

Lubię doświadczać nowych rzeczy i uwielbiam prowokować do dyskusji. Wspaniale jest później obracać się w takim towarzystwie. Dlatego stwierdziłem, że czas zacząć pisać artykuły i doskonalić się, realizując to marzenie ;)

Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. (Więcej informacji)

Pragniemy, żeby 4WebZones było maksymalnie przystosowane i przyjemne dla indywidualnych potrzeb użytkowników. Żeby było to możliwe nasza strona używa plików cookies, o których możesz dowiedzieć się więcej wchodząc w ten link. Korzystając z naszego serwisu wyrażasz zgodę na używanie plików cookies, dlatego prosimy o potwierdzenie w postaci kliknięcia przycisku "Akceptuj"
Pozdrawiamy, ekipa 4WebZones

Zamknij