Salazar zemścił się na widzach

364

Najnowsza część „Piratów” jest jak olbrzymia porcja lodów. Wygląda apetycznie i niezmiernie kusi. Niestety po konsumpcji pozostaje jedynie ból brzucha – jest zbyt duża i łączy za wiele smaków.

Już przy oglądaniu zwiastuna włącza się czerwona lampka, mimo że umiejętnie przepleciono znane wątki i bohaterów z nowymi. Sprawia wielką przykrość, jaśniejąc coraz bardziej w miarę seansu samego filmu. Gdy czwarta część ostrzegała, że holywoodzki trend kontynuowania franczyz w nieskończoność ma swój port na Karaibach, przymrużyłem oczy. Klimat zmienił się nieznacznie, a nowości nie było dla mnie zbyt wiele. Pojedyncze elementy były zbędne. Niestety w piątej części jest ich więcej. Przez to rośnie odczucie, że najnowszy film jest zrobiony na siłę oraz za szybko, a co za tym idzie – niedopracowany. Jakby wykonano go od razu po burzy mózgów, nie odrzucając lub nie modyfikując niektórych pomysłów.

WĄTKI WSZYSTKICH SMAKÓW

Drodzy czytelnicy, przypomnijcie sobie wszystkie charakterystyczne wątki i postaci z dotychczasowych filmów z serii. Wyobrażacie sobie zebranie ich zusammen do kupy w jednym epizodzie? Nie musicie. Joachim Roenning oraz Espen Sandberg zrobili to za Was, polewając dodatkowo pięknymi efektami wizualnymi. Rolę posypki pełni zgrabnie podmieniony za Hansa Zimmera autor ścieżki dźwiękowej – Geoff Zanelli. Przesadzony deser gotowy.

W Disney zapomnieli, że Sparrow nie dostał kompasu od bezimiennego kapitana, tylko Tia Dalmy. Ale skoro ta przemieniła się w kraby, potrzebujemy nowej wiedźmy. To pewnie przez tę zamianę powstało dalsze zamieszanie.

Jack wciąż nie ma okrętu ani załogi i ponownie ląduje w więzieniu. Stamtąd wyciąga go zakochany młodzian, który próbuje uwolnić ojca z Latającego Holendra. Po drodze poznaje wszystkich możliwych wrogów Jacka. Przypadek? Nie sądzę. Do tego, nie wiedzieć czemu, wszyscy wołają na niego Henry, zamiast Will. Przecież tak miał na imię w „Klątwie Czarnej Perły”! Ah, ten zakręcony świat…

Zamiast charakterystycznego stukotu Davy’ego Jonesa w kinowych głośnikach usłyszymy kapitana Salazara. Podobnie jak poprzednie czarne charaktery, ma on własny statek i załogę, bardzo wyróżniające się na tle pozostałych. Posiada też sensowną motywację do zemsty na Jacku, intryguje i skupia uwagę widza. Jest ciekawą postacią – władczą, zdecydowaną, bezwzględną i porywczą. Ma też oryginalne zwyczaje, co ujawnia już podczas pierwszego abordażu lub negocjacji z Barbossą. Świetnie zastępuje dotychczasowych wrogów piratów. Tym bardziej szkoda, że w finałowym starciu traci na autentyczności, przestaje dbać o własną załogę. Nie spodziewałem się tego i niemile mnie to zaskoczyło.

Innym rozczarowaniem było pójście w ślad „Zemsty Królowej Anny”, nadając okrętowi Salazara niewyjaśnione i bezsensowne właściwości. Nic nie tłumaczy, dlaczego w ogóle płynie, a co dopiero dosłownie pożera inne jednostki. To był niepotrzebny i nieistotny detal. Film świetnie poradziłby sobie bez tego – ale dzieci nie rozdziawiły by buzi na widok wspaniałego efektu wizualnego… a propos załogi, na szczęście powrócono do motywu podwładnych Davy Jhonesa – jest tak samo przeklęta, jak jej kapitan.

Skoro o statkach i załogach mowa – kolejny film franczyzy zapowiadano „na nieznanych wodach” uwięzieniem „Czarnej Perły” w butelce. Cały pomysł był bardzo naciągany i pokazywał, jak na szybko usprawiedliwiono zmianę bandery przez Barbossę w czwartej części „Piratów”. Niemniej kontynuacja tego wątku mogła być bardzo ciekawa i zaowocować przywróceniem dawnych, cieszących oko niesnasek. Czym są te filmy bez rywalizacji o okręt o czarnych żaglach? Przykładem lekkiej niekonsekwencji w działaniu bohaterów, o czym później. Przynajmniej sama załoga najszybszego statku Karaibów powróciła oraz poświecono jej więcej czasu na ekranie, co jest dużym ukłonem wobec widzów i warto to docenić.

Nie można za to docenić zbyt małej ilości komizmu sytuacyjnego. Zamiast niego pojawia się więcej szkolnego przeinaczania słów i karykaturowania szowinizmu i słabego wykształcenia złotej ery piractwa. Idzie się chwilę pośmiać, chyba że zaczyna to przybierać kuriozalne postaci – np. marynarzy nie znających się na gwiazdach.

DOBRY CEL ZE ŹLE OBRANYM KURSEM

Cały klimat i wypadkowy nastrój „Zemsty Salazara” jest dla mnie zbyt bajkowy. Wiem, że to Disney, ale pierwsze trzy części były mroczniejsze i dosadniejsze. To znaczy, że da się – ja tak wolałem. Ale widownie mają być szersze, seria musi ewoluować… lepiej, że próbują czegoś nowego, zamiast grać tylko na jedną nutę.

Hector Barbossa ver. 4.2

Ta reguła nie obowiązuje według mnie głównych bohaterów. Bez pokazanej na ekranie przemiany nie powinny przekształcić się ich zwyczaje, charaktery, sposób bycia. W przypadku Jacka Sparrowa i Hectora Barbossy zmiany uderzyły mnie i wywołały największy niesmak.

Pierwszy jest już dosłownie pijany, brakuje mu dawnego talentu do błyskotliwych odpowiedzi, sprytnych rozmów i spiskowania. Zabrakło zwłaszcza intrygi. Nawet jeśli nie była nigdy szczególnie zaskakująca, to przynajmniej cieszyła oko. Jack nie jest autentyczny w jego kryzysie, zważywszy na fabułę „Klątwy Czarnej Perły”. Skoro wtedy przez dziesięć lat czekał z zemstą na byłym pierwszym oficerze, to czemu teraz tak szybko poddaje się na drodze do własnych celów? Zwłaszcza, że jest w lepszej sytuacji. Bowiem Sparrow wcale nie stara się o wyswobodzenie ukochanej jednostki. Dopiero w połowie filmu cały problem zostaje rozwiązany w banalny i szybki sposób.

Nie można oprzeć się wrażeniu, że twórcy albo nie dbają o tłumaczenie fabuły i działają bardzo spontanicznie, albo nakręcili nie wszystkie sceny, by ratować budżet. W końcu boxoffice „Zemsty Salazara” jest wyższy tylko niż pierwszej części serii. To nie jest osiągnięciem przy tak znanej i budowanej przez lata marce. Klątwa nowej wiedźmy mnie nie przekonuje. To jednozdaniowe wyjaśnienie wciśnięte w film na siłę. W ten sposób najbardziej charakterystyczny bohater całej serii stał się parodią samego siebie. Po seansie jedynie wspomagana komputerowo scena z młodym Jackiem ratuje moje przekonanie, że Depp wciąż panuje nad swoją wielce rozpoznawalna rolą. Wtedy widać, że postać zachowuje się inaczej.

Barbossa też się zmienił, wręcz nie do poznania. Nie dość, że wciśnięto go z Cariną w wątek, do którego zupełnie nie pasuje, to zmieniono w klauna. Parafrazując Sparrowa – kupuję wszystko w jego historii oprócz peruki. Sam fakt że dołączył jako korsarz do brytyjskiej marynarki był niesmaczny w poprzedniej części. Teraz jego stroje i admiralskie zapędy zakrawają na karykaturowanie. Mało w nim dawnego Hecotra, ironicznego i inteligentnego. Posiadał wyczucie gustu i smaku, dobrze kontrastujące z bezwzględnością. Bił od niego autorytet, charyzma. W najnowszej części „Piratów” nie widzę tych cech. Bardzo mnie to smuci. Do tego stopnia, że ostatnia z nim scena jest satysfakcjonująca. Tak miało być! Tak jest lepiej…

CZY TEN OKRĘT MUSIAŁ TONĄĆ?

Nie lubię narzekania bez celu – krytyka powinna być konstruktywna. Mimo wielu bolączek uważam, że ten film mógł być zadowalający. Lepszym kursem byłoby skupienie się na wątku wydobycia Czarnej Perły z butelki. Barbossa miał miecz Czarnobrodego, a do przewidzenia było, że jest do rytuału potrzebny. Z drugiej strony Sparrow mógł próbować odnaleźć inny sposób na wyswobodzenie ukochanego okrętu, by nie ryzykować jego ponownej utraty. Tych dwóch bohaterów, wraz z akompaniamentem Gibbsa oraz reszty znajomych twarzy, mogłoby rywalizować o najszybszy statek Karaibów. Dokładnie tak, jak w pierwszej części.

Wraz ze wskrzeszeniem tej fabularnej idei, moglibyśmy ponownie przyjrzeć się motywacjom oponentów. Historię Sparrowa dobrze już znamy. Cieszy mnie, że w takiej sytuacji skupiono się na Barbossie. Również bym to zrobił, kierunkując uwagę na jego korzenie i początki jako pirata. Raz, byłoby to spójne z retrospekcją postaci Jhonnego Deppa. Dwa, pozwoliłoby w znanej formie franczyzy poznać coś, a raczej kogoś, od nowej i oryginalnej strony. Istotniejszego dla fabuły oraz powiązań z innymi bohaterami, niż relacja z Cariną. Zamiast splatać luźne końce, kamera wycelowana w Hectora pogłębiłaby jego postać. Może nawet wytłumaczyła zamiany, które w nim zaszły. Przestałyby kłuć w oczy dawnego widza i fana. Na pewno sprawiłaby, że zapamiętamy go lepiej i zwiążemy z nim emocjonalnie. Tylko wtedy finałowa scena faktycznie nas zaboli.

Co, gdybym planował serie kontynuować? Zamiast Davy’ego Jonesa na koniec, zmniejszyłbym rolę Henry’ego. Wrzucenie młodego Turnera do załogi Perły byłoby naturalne i pożądane, nie spieszyłbym się jednak z wątkiem ocalenia jego ojca. Znów zrobiłoby się za dużo. Wierzę, ze publiczność sama zauważyłaby potencjał tego bohatera, bez jakiegokolwiek afiszowania. Miałbym co rozwinąć.

Nawet Sparrow patrzy z utęsknieniem na zmarnowany wątek…

MNIEJ ZNACZY WIĘCEJ

Posługując się dalej porównaniem do deseru – gdyby skupić się na mniej różnorodnej w smaki fabule, dałoby się wycisnąć z niej więcej. Pogłębić te oszczędzone elementy. Dobrym przykładem jest tu kontrast pomiędzy Salazarem a Davym Jonsem. Tego drugiego poznawaliśmy w czasie, był to proces kontynuowany przez dwa filmy. Dzięki temu wrażenie okrutnika przetrwało zgłębienie jego historii i niezwykle zawiłej relacji z Calypso, tak niespełnionej miłości. Zyskujemy autentyczne wyjaśnienie dla jego decyzji i podejścia do reszty świata. Zżyliśmy się z nim, nie usprawiedliwiając go czy parodiując podczas seansu.

Salazar nie jest dla mnie tak wielopoziomową postacią. Nie ma czasu się nią stać, ponieważ kamera musi przeskakiwać do nowej wiedźmy Barbossy! A gdy wraca do naszego czarnego charakteru, moją uwagę przykuwa już tylko gra aktorska Javiera Bardema, a odciąga masa wątpliwości. Jak działa klątwa ciążąca na Salazarze? Dlaczego oddanie kompasu jest z nią związane? Czemu przeklęci zmieniają swoje cele, raz chcąc zabić Sparrowa, co ma dać wyswobodzenie… a inny razem nie obchodzi ich, że nie chcą już być przeklęci i wykorzystują to do mordowania wszystkich napotkanych piratów? Co sprawia, że zmieniają zdanie? Czemu tego nie widzimy na ekranie? Gdy zdążę odpowiedzieć sam sobie na część tych pytań, akcja znowu zmienia miejsce i bohaterów…

Podsumowując – ostatnia część „Piratów z Karaibów” miała potencjał w smaczny sposób połączyć wybrane dawne wątki z nowymi bohaterami. Dałoby to podłoże do kolejnych, realizowanych przez te świeże postaci. Niestety doszło do przeładowania. Film kusi sentymentem, wizualną oprawą i innym niż dotychczas, ale wciąż dobrym soundtrackiem. Gdyby porcja była mniejsza, a smaki ostrożniej dobrane, mógł się udać. Pod warunkiem, że chcemy w ogóle tę franczyzę kontynuować.

O autorze /

Lubię doświadczać nowych rzeczy i uwielbiam prowokować do dyskusji. Wspaniale jest później obracać się w takim towarzystwie. Dlatego stwierdziłem, że czas zacząć pisać artykuły i doskonalić się, realizując to marzenie ;)

Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. (Więcej informacji)

Pragniemy, żeby 4WebZones było maksymalnie przystosowane i przyjemne dla indywidualnych potrzeb użytkowników. Żeby było to możliwe nasza strona używa plików cookies, o których możesz dowiedzieć się więcej wchodząc w ten link. Korzystając z naszego serwisu wyrażasz zgodę na używanie plików cookies, dlatego prosimy o potwierdzenie w postaci kliknięcia przycisku "Akceptuj"
Pozdrawiamy, ekipa 4WebZones

Zamknij