Planeta Singli – nastąpił przełom

290

Nie wiem, czy tym krótkim opisem na początku zdołam Cię drogi czytelniku zachęcić do przeczytania recenzji o filmie, o którym usłyszałeś już tak dużo złego. Cóż. Do wydania pieniędzy na bilet z napisem Planeta Singli odpycha cię przecież tyle rzeczy. Przede wszystkim fakt, że jest to produkcja TVNu. Po drugie – gatunek; komedia romantyczna. Dobra, w sumie te dwa wystarczą. Co więc, gdybym powiedział ci, że jednak powinieneś to zrobić? I tak, sam nie wierzę w to co właśnie piszę, ale naprawdę powinieneś. Zdziwiony?

Przede wszystkim zacznijmy od tego, że nie jestem w ogóle fanem gatunku komedii romantycznych. Panowie wiedzą doskonale, że niekiedy jednak życie zmusza nas do podejmowania trudnych decyzji. Tak oto usiadłem w fotelu przywitany na ekranie w walentynki przez Macieja Sthura, zamiast Rayana Reynoldsa; bywa.

Po całym seansie przyznam bez bicia – jestem pełen podziwu. Ktoś najwidoczniej stanął na wysokości zadania i zrobił wreszcie świetny, polski film. Taki, którego nie było od kilkunastu już lat – pierwszą komedię romantyczną na światowym wręcz poziomie. Naprawdę chylę czoła i zwracam honor oraz odwołuję wszystko co mówiłem przed wybraniem się do kina. Twórcom udało się wznieść i zawiesić poprzeczkę naprawdę wysoko.

Pierwszym zaskoczeniem było wykonanie scenografii. Jestem przyzwyczajony, że TVN raczej idzie na łatwiznę i wykorzystuje swoje gotowe studia i programy w filmach. Tym jednak razem poszli o krok dalej. Nowe jest wszystko – program, studio, stacja telewizyjna. Myślę, że wśród ostatnich polskich produkcji już to stawia Planetę Singli stopień wyżej od konkurencji.

Sama historia jest oczywiście poskładana z już istniejących, lecz w tak umiejętny sposób, że nijak nas ten fakt nie uderza. Dodane elementy tworzą z poprzednimi tak spójną, lekką i zabawną całość, że nie wyobrażam sobie do nich przyczepić. Planeta Singli momentami mocno zaskakuje, długo pozostawia w nieświadomości, trzyma i rozładowuje napięcie tworząc lekką atmosferę nawet w momentach krytycznych, jednocześnie w ogóle nie przeszkadzając w zrozumieniu bohaterów i zżyciu się z nimi.

No właśnie, również do gry aktorskiej jak i postaci nie możemy się zbytnio doczepić. Wszystkie role bez wyjątku są świetnie obsadzone i zagrane. Bohaterowie są często niejednoznaczni i potrafią nas zaskoczyć. Mają problemy na wielu płaszczyznach przez co wydają się jeszcze bardziej realni. Potrafimy się z nimi utożsamić. Wielowątkowość, to również ich wielka zaleta. Każdy z nich posiada własną, oddzielną historię. Nawet zupełnie poboczne i drugoplanowe postacie mają znaczenie, oddzielną historię, jej początek i co najważniejsze zakończenie. I tak. To słowo – „wielowątkowość” nie kojarzy się z polskim kinem najlepiej. Przed obejrzeniem Planety Singli moją radą dla polskich reżyserów mogło by być zapomnienie o tym słowie raz na zawsze i skupienie się na zrobieniu chociaż jednego dobrego wątku. Zaskakujące jest jak wszystko tutaj dopięte jest na ostatni guzik. Każda postać ma doprowadzoną od początku do końca historię. Wszystko w filmie zaczyna się i kończy, nie ważne czy jest to główny bohater czy zupełnie drugoplanowy wątek – każda, dosłownie każda osobna opowieść jest tu jakoś zakończona do tego stopnia, że dowiadujemy się nawet jak skończyli faceci, z którymi przez cały film umawiała się Ania. Na końcu abstrakcyjność bohaterów oraz ich różnorodność (mamy tu m. in. psycholożkę włosów, dyrektora, lekarza) sprawia, że są oni unikalni, nieprzewidywalni, zabawni i prawdziwi.

Aplauz na stojąco należy się autorom za wydarzenia, które miały miejsce w parkowym amfiteatrze. Chodzi mi tu dokładnie, o genialne postaci żuli, którzy robią za swoistych komentatorów. Są świadkami całego zajścia i nie raz nie omieszkają dodać do wydarzeń swoich przysłowiowych trzech groszy. Służą przede wszystkim za mistrzowskie wręcz rozładowanie napięcia w tak kluczowej i ważnej dla filmu scenie. Przy natłoku emocji, jakie przynoszą ze sobą na scenę kolejni bohaterowie stanowią oni świetny kontrast dla całości wydarzeń. Precyzyjnie zachowany balans pozwala rozładować napięcie. Kobiety – śmieją się przez łzy.

Szczerze przyznam, że nie mam zwyczaju wzruszać się na tego typu filmach. Tym bardziej podziwiam autorów za zmuszenie mnie do chwili słabości. Może łzy nie uroniłem, ale scenariusz i postacie były dla mnie na tyle nieprzewidywalne, że udało się im chwycić mnie w dwóch momentach za serce. Szczególne uznanie przekazuję za scenę, w które córka Antoniego wyznaje, że rozumie co się stało z mamą.

10_231bf9c106Sama Końcówka filmu również zasługuje wreszcie na pochwałę. Jest oczywiście maksymalnie przekoloryzowana, ale jednocześnie piękna. Dokładnie taka jaka powinna być w tego typu filmach. Bajkowy koncert i tym bardziej bajkowy happy end głównego wątku, zostały genialnie osadzone w polskich realiach. Sam występ w świetnym zachodnim stylu nadaje całości lekki wydźwięk i świetnie dopowiada rzeczy, których dopowiedzieć autorzy nie zdążyli. I nie jest to na siłę szybkie wciskanie zakończeń do jednego wydarzenia, ale umiejętne operowanie przestrzenią i jej świetne zaplanowanie. Pokazuje to chociażby fakt, że w momencie godzenia się Ani z mamą w tle w futrynie drzwi widzimy przełamanie się chłopca, który cały czas dokuczał dziewczynce z chóru; mała rzecz, a cieszy. Reżyser świetnie zamyka finalnie wszystko co miał do zamknięcia, co pozwala skupić się w ostatniej scenie tylko na głównej historii. Swoją drogą w końcowej fazie tworzenia komuś musiało się coś przypomnieć bo widzimy jeszcze subtelne domknięcie wątku Piotra (wuefisty).

W efekcie, Planeta Singli wyprzedza o lata świetlne dotychczasowe produkcje wchodząc jako pierwszy polski film na międzynarodowy poziom i myślę, że na jakiś czas pozostanie niepokonana. Kto wie, może wręcz wyznaczy nowy kierunek polskiej kinematografii?

Domyślasz się już więc pewnie, że wcale nie żałuję mojego spędzonego na sali kinowej czasu. Widzisz również, że Planeta Singli zaskoczyła i urzekła mnie do tego stopnia, że nie wypisałem tu nawet jej wad. Dlaczego? Po prostu nawet nie starałem się ich szukać. Na tyle nie spodziewałem się jakiejkolwiek rewelacji ze strony TVNu, że mój mózg sparaliżowany jeszcze szokiem jakiego doznał nie potrafi dzisiaj przypomnieć sobie co w filmie nie grało, bo szczerze – nawet Karolak nie przeszkadzał mi tam aż nadto.

Jeżeli więc drodzy panowie Wasze wybranki tak bardzo narzekają na to, że chodzicie do kina tylko na filmy, na które Wy chcecie, to moim zdaniem nie będzie w najbliższym czasie lepszego momentu żeby zabrać je na „ich” film i nie wyrwać sobie na nim włosów.

Miał być słaby film – jest dobry. Miało być bardzo komercyjnie – nie jest. Historia miała być słaba i standardowa – nie jest. W dobrej polskiej komedii romantycznej miało nie być Karolaka – okazało się że jest i wcale nie wyszło to tak źle. Miał być kolejny ten sam, schematyczny polski beznadziejny film – jest zupełnie na odwrót. Ehh…”Z pszczołami nigdy nic nie wiadomo”.

O autorze /

Szczery do bólu, arogancki i w ogóle nieobiektywny. Przekonany o własnej wielkości egoista. który nie przebiera w słowach. Do tego kontrowersyjny. A jaki jestem naprawdę? Tego dowiesz się z moich tekstów.

Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. (Więcej informacji)

Pragniemy, żeby 4WebZones było maksymalnie przystosowane i przyjemne dla indywidualnych potrzeb użytkowników. Żeby było to możliwe nasza strona używa plików cookies, o których możesz dowiedzieć się więcej wchodząc w ten link. Korzystając z naszego serwisu wyrażasz zgodę na używanie plików cookies, dlatego prosimy o potwierdzenie w postaci kliknięcia przycisku "Akceptuj"
Pozdrawiamy, ekipa 4WebZones

Zamknij