Ku chwale spontaniczności, czyli o naturalnym musicalu – „La La Land”

486

Nie jestem fanem musicali. Do tego stopnia, że nie odczuwam nawet krzty poczucia winy, gdy jakiś przegapię w kinach. Ale, gdy z olbrzymim opóźnieniem zorientowałem się, że Emma Stone oraz Ryan Gosling zostali oboje nominowani do Oscarów za ich role w „La La Land”, na ostatnią chwilę zmieniłem plany wieczoru. Raz, bo uważam, że to jednak jest stanowcze oświadczenie, że coś było dobrego w ich grze aktorskiej. Dwa, że podobali mi się razem już w „Gangster Squad”. Więc przygotowałem się na połowę przechodniów tańczących wraz z nimi na środku ulicy w biały dzień i…

… pierwsza scena mnie przeraziła. Bo rzeczywiście w pełnym słońcu ludzie wybiegli z samochodów, zupełnie przypadkowo śpiewając razem ten sam utwór, ciągły tekst. Tańczyli spontaniczny, a nie przygotowany układ… wiecie, do czego dążę. Kwintesencją była ukryta w ciężarówce grupa muzyczna. Ci ludzie wiedzieli, że w tym korku będzie dobra impreza. To jest dopiero szósty zmysł artystów, prawda?

Zawiązanie fabuły jest banalnie proste: mamy niespełnionego pianistę marzącego o własnym, jazzowym klubie oraz uratowaniu jazzu i aspirującą aktorkę, walczącą z całych sił o rolę na dużym ekranie. Oboje próbują znaleźć powodzenie w magicznym Hoolywood i podejrzanie często na siebie wpadają. Uwierzcie mi, raczej nie lubię takiego klimatu.

Jednak im dłużej film oglądałem, tym bardziej przywiązywałem się do głównych bohaterów. A ich historia, rozterki i charaktery są po pierwsze naturalne, a po drugie przyciągają. Mnie na pewno, ponieważ uwielbiam się droczyć – tak więc widok, jak Mia Dalton (Emma Stone) wrabia Sebastiana (Ryan Dalton) , poważnego, jazzowego muzyka, do zagrania „I ran”, było przezabawne. Ich wspólne tańce oraz śpiewanie były już niemal spontaniczne, tym bardziej, im dłużej trwał cały spektakl – bo film jest zbyt okrojonym słowem przy musicalu, tak sobie myślę. Niemniej z czasem konwencja jest zupełnie zarzucona i oglądamy przepiękny – ale dramat.

Jest to wspaniała alegoria, pokazująca, jak w miarę upływu czasu nasi pierwszoplanowi przyjaciele dojrzewają, zrzucając z siebie ułudę snów i marzeń, a wstępując do suchej, szarej i kolczastej realności.”Dorosłe życie” nie oszczędza ich bowiem w realizacji dziecięcych zamysłów. Reżyser pokazuje nam w ten sposób, jak wszyscy tracimy w sobie motor, który ciągnął nas na początku do przodu… wypalamy się. Nie, nie chodzi mi tu o depresyjny klimat biznesmenów rzucających się z okien. Tylko o… narastającą zgorzkniałość starszego człowieka. Nie starego – starzejącego się. Bo da się być przybitym jeszcze za obiektywnego młodu.

lalaland_btm_bg

Niemniej „La La Land” zapala w nas płomyk nadziei co do naszych możliwości. I wbrew moich obaw i konkretnym pozorom po pierwszej sekwencji tanecznej – nie jest to sztampowy ogień. To nie kolejne moralizatorskie brednie, morał, który słyszymy, jest ponownie bardzo naturalny. Żadnych pustych frazesów, tylko dojrzały sposób myślenia, w którym wszelkie wnioski są okraszone doświadczeniem, a to zawsze wiąże się również z porażkami i cierpieniem. Damien Chazelle nie daje nam zapałki na wietrze, która świeci jasnym blaskiem, ale nietrwale. To jest Zippo, trzeba odbezpieczyć, zanim zapłonie. Drogie, ciężkie, ale porządne. Tak jak Rola Sebastiana w życiu Mii, gdy patrzę na to z szerszej perspektywy. W jaki sposób? Oj, nie zdradzę. Powiem tylko, że lubię być zaskoczony przez fabułę, a nie jest to częste – naprawdę! Tutaj udało się, ponieważ dałem się omamić bajkowemu klimatowi pierwszej połowy.

Dlaczego? Ponieważ montaż scen, ścieżka dźwiękowa oraz gra aktorska są genialne. Ani razu (fakt, ta pierwsza scena…) nie miałem poczucia przesytu, co jest niezmiernie niesamowite, jeśli musical jest dla mnie jednowyrazową definicją przerostu formy nad treścią. Przyznaję się bez bicia, że gdyby nie smartfon Mii, Nie zorientowałbym się jakoś do połowy filmu, że akcja odbywa się w XXI wieku. Żałosne? Może. Ja raczej oddaję zaszczyty całej ekipie odpowiedzialnej za odtworzenie w tym spektaklu tak pięknego klimatu. Może dobrze, że początkowo uderzają nas stereotypem. Wrzuceni na głęboką wodę szybko przesiąkamy klimatem i tym bardziej zaskakujemy się obrotem spraw.

To również buduje pewne przesłanie. Widziałem bowiem krótki cytat, nie pamiętam niestety gdzie – że „Takich filmów już się nie robi”. Bardzo to podobne do lamentu Seba (to bardzo źle się kojarzy po polsku) o powolnym umieraniu jazzu. I tak jak on tłumaczy Mii, że w tym gatunku chodzi o klimat, o kontekst, o to, jak muzyk ucieka z instrumentem w swój świat, tak i tutaj, w musicalu, powinniśmy skupić się na emocjach, przekazie oraz, tylko oby nie przede wszystkim, samej formie. Jeśli nie jest przesłodzona, radujmy się tym cukrem. W końcu cukrzycę można mieć tylko raz! A naprawdę da się odlecieć. Chazelle popisał się, że pamięta, jak kręcił „Whiplash” i znajdziemy zarówno znajomego Simmonsa, jak i kamerę przeskakującą pomiędzy bohaterami, nasilając bezsłowny dialog między nimi.

Owszem, film wzbudził we mnie sentyment do chłopięcych marzeń i z wdzięczności zamierzam go bronić przed samym sobą i zapomnieć o tym, ze nie ma opcji, by nieznajomi potrafili razem tak idealnie zatańczyć! Trzeba czasem zrzucić z siebie te okowy dorosłego, racjonalnego życia i uciec w gwiazdy. Do krainy marzeń, tka emocjonalnej i potrzebnej nam do przetrwania.

Gorąco polecam „La La Land” – jeśli tak jak ja zwlekaliście z jego obejrzeniem, drodzy czytelnicy, warto zaryzykować i go zobaczyć. Warto to przeżyć, po czym wyjść z kina, nie odzywać się do nikogo przez godzinę i smakować ten klimat i historię. Przeżyć katarsis. Nawet jeśli jest to nostalgiczne i mimo wszystko lekko sztampowe. Ale tylko lekko. „O to w nich chodzi”… tych filmach. A Wy – co sądzicie o musicalach i tym konkretnym? Podobało Wam się, że reżyser lekko naigrywał się z tej formy i przypominał nam, że wie, że nie chcemy przesytu i przerostu jej nad treścią? Chociażby poprzez dzwonek iPhona przerywający napiętą, romantyczną atmosferę? Skąd my to znamy z naszej codzienności…

O autorze /

Lubię doświadczać nowych rzeczy i uwielbiam prowokować do dyskusji. Wspaniale jest później obracać się w takim towarzystwie. Dlatego stwierdziłem, że czas zacząć pisać artykuły i doskonalić się, realizując to marzenie ;)

Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. (Więcej informacji)

Pragniemy, żeby 4WebZones było maksymalnie przystosowane i przyjemne dla indywidualnych potrzeb użytkowników. Żeby było to możliwe nasza strona używa plików cookies, o których możesz dowiedzieć się więcej wchodząc w ten link. Korzystając z naszego serwisu wyrażasz zgodę na używanie plików cookies, dlatego prosimy o potwierdzenie w postaci kliknięcia przycisku "Akceptuj"
Pozdrawiamy, ekipa 4WebZones

Zamknij