American Assassin – fałszywa obietnica i znajomy klimat

182

American Assassin jest dobrym filmem akcji. Łączy surowy klimat Bourne’a z motywem zemsty z Mechanika. Wprowadzając na początku w dosyć spokojny i nieco ponury nastrój, zdradza nas w trakcie. Zaczyna serwować kolejnego Ethana Hunta, który dosłownie dokonuje niemożliwego i ratuje świat. A przynajmniej wspaniałe U.S.A. To wszystko powoduje, że jakkolwiek przyjemny do oglądania, film jest niejednolity.

Wiem, ze mamy do czynienia z adaptacją książki. Jednak jak sama nazwa wskazuje, reżyser jedynie inspiruje się pokazaną w literaturze historią. Wcale nie musi odwzorowywać jej co do joty. Tu wręcz nie powinien był.

DWA RÓŻNE FILMY

Źródło: collider.com

Mitch na strzelnicy

Jeśli ktoś czytał już moje poprzednie artykuły dotyczące filmów, na pewno zauważył, jak bardzo zależy mi na spójności. Mogę oglądać głupkowatą parodię tandetnych produkcji, ale póki trzyma się właściwych jej ram, jestem zadowolonym widzem. Gorzej, gdy to, czym film emanuje, zmienia się.

W American Assassin na samym początku podano mi ładną pocztówkę, której przyjrzałem się ze spokojną przyjemnością. Sielankę głównego bohatera – którym jest Mitch Rapp – przerywa tragiczny incydent. To zmienia jego życie i przekształca w surowego, cichego i pełnego głębokiego gniewu odrzutka.

Wtedy twórcy pokazują mi montaż jego nowej codzienności. Treningi, utrata samokontroli, odosobnienie, kontakt z terrorystami. Oglądając to, miałem nadzieję na mało mi znany motyw wnikania w kolejne komórki radykalistów, eliminowania terrorystów na ich terenie – na Bliskim Wschodzie. Nie pamiętam filmu, który ukazałby taką fabułę. Może po prostu nie miałem okazji takiego obejrzeć.

Tym bardziej byłem ciekawy, jak w American Assassin zrobi to Mitch. Niestety zanim zdążę osiąść w tej narracji i rozkoszować się jej smakiem, akcja zostaje przyspieszona do spotkania z radykalistami. Zabrakło mi tu pokazania, jak nasz bohater naprawdę zdobył ich zaufanie. Bo kilka pytań o Koran nie może być wystarczających.

Zamiast wydłużyć proces i sprawić, by był wiarygodny, film każe mi wziąć skuteczność Mitcha na wiarę. Przypomina tym samym, że to tylko kolejne backstory. Zgoda, przetrawię to. Ale boli mnie, że kolejnym daniem jest bardzo oklepana, sztampowa historia o trenowaniu młodego agenta do walki z szalonym renegatem z bombą atomową w kieszeni. To już namy.

Od momentu podjęcia współpracy z CIA oglądamy zupełnie nowy film. Zamiast motywu zemsty mamy wizję plenienia zła ze świata. Dobrze i sarkastycznie podsumowuje to nowy mentor Mitcha, Stan Hurley: „… i teraz chcesz walczyć z tymi niemiłymi terrorystami”.

Źródło: multikino.pl

Stan Hurley to stereotypowy mentor kina akcji: oschły, uszczypliwy, surowy i groźny, ale też odpowiedzialny i działający w poczuciu jego misji. Michael Keaton niezmiernie pasuje do takiej roli.

NATURALNOŚĆ I NATURALIZM

A propos roli Michaela Keatona, to jeden z przykładów, że American Assassin dobrze radzi sobie w formacie, do którego przechodzi w trakcie filmu. Mimo oklepanej formy, onelinery wciąż brzmią dosadnie, sceny walki są soczyste i realistyczne. Przyjemnie ogląda się Dylana O’Briena tłukącego się z przeciwnikami oraz goniącego ich bez magicznych gadżetów lub nadnaturalnych zdolności. W tych momentach przypominają mi się filmy z Jasonem Stathamem, a to schlebiające skojarzenie.

Rapp i Hurley są spójnymi postaciami. Co ważniejsze, dobrze ich role odegrano. Zarówno jeden i drugi są spokojni i opanowani, gdy trzeba. Emocje okazują, gdy jest to naturalnym dla takich jak oni twardzieli. To jeden z elementów, który zbudował realizm produkcji i pozwolił zżyć się z bohaterami, polubić ich. Nieważne, że to stereotypowe postacie. Są klimatyczne. I zachowują się we właściwy im sposób.

O naturalizmie w produkcji warto powiedzieć więcej. Bowiem bije nie tylko ze strzelanin, ale również scen tortur. To raczej gorzka nutka w deserze, ale bardzo ją doceniam. Nadaje nieco poważniejszego, mniej komiksowego charakteru całokształtowi. Tworzy realizm, o który twórcy powinni zadbać na pierwszym miejscu, bo to już teraz najsilniejsza zaleta nowo powstającej marki.

W CO TWÓRCY POWINNI PÓJŚĆ?

Jeśli twórcy chcą zrobić z tego filmu franczyzę – a jest ku temu potencjał – powinni precyzyjnie określić, jaki rodzaj kina akcji nam zaserwują. Jak wspominałem, na razie mają problem z jednolitością. Jeśli go rozwiążą oraz skupią się na realiach produkcji, będzie dobrze. Powstanie nowa marka, coś na kształt patriotycznego Mechanika lub Johna Wicka. Od jednego i drugiego American Assassin może nauczyć się wprowadzania widza w dowolny światek. Stopniowe przedstawianie wnikania w siatki terrorystów, które w mi obiecano w pierwszych minutach filmu, może mieć dużo wspólnego z odkrywaniem kuluarów społeczności gangsterów lub praw rządzących płatnymi zabójcami.

Częściowo niezależny najemnik, działający w słusznej sprawie podle wybranych przez niego reguł i metod – kimś takim może być Mitch Rapp. Jak wspomniałem, to okazja na patriotycznego zabójcę. To bardzo atrakcyjna nisza. Dosyć popularni i dobrze zrealizowani Niezniszczalni kręcą się w jej okolicy. Oczywiście mają zdecydowanie bardziej komiksowy charakter, ponieważ gwiazdy tam grające mogły już sobie pozwolić na zabawę formatem. Jakby nie było, przez ostatnie lata to właśnie oni go tworzyli.

JAK CHCĘ PATRZEĆ NA TEN FILM?

Źródło: thefancarpet.com

Tutaj trzęsąca się kamera i momentami lekko zamazany obraz były wskazane.

Gdy American Assassin już umości sobie siedzenie we właściwym rzędzie kina akcji, należy w nim poprawić kilka technicznych rzeczy. Po pierwsze, reżyser powinien pozbyć się shaky cam. Ja chcę widzieć, kto, kogo i w co uderzył. A nie domyślać się z zamazanego obrazu. Rozdzielmy dwa rodzaje sytuacji. Pierwszy, w którym Mitch jest zdezorientowany, jak na począktu filmu na plaży. Drugi, gdy jest skupiony i diabelną precyzją każe kolejnym oponentom wąchać kwiatki od spodu.

Źródło: www.gramunion.com

To przykład jednej z lepszych scen walki – tu widzę, co się dzieje.

W pierwszym szybko zmieniające się ujęcia i nieostry obraz są pożądane, ponieważ wprowadzają uczucie chaosu. To odwzorowuje, co dzieje się z bohaterem i przesyca nas jego emocjami. Tak można się wczuć w akcję. Z tego samego powodu w drugim rodzaju scen akcji powinienem dostać dłuższe i bardziej statyczne ujęcia. Dzięki temu będę w stanie ocenić, co dzieje się wkoło Mitcha i rzeczywiście zobaczę, jak walczy. Oddalenie kamery odwzorowałoby zresztą dystans bohatera do przeciwników. Przy pojedynku z konkretnym oponentem, który jest zawsze bardziej intymny, warto dać nieco bliższe ujęcia i częściej je zmieniać. Ale to powinna być minimalna różnica.

Idąc za ciosem, w pościgach – czy to pieszych, czy zmechanizowanych – warto użyć tracking shot. Pozwólmy tej kamerze przejechać płynnie za plecami czy tylnym zderzakiem bohatera, jak w przypadku Valeriana. Zresztą nie tylko Luc Besson używa takich śledzących ujęć. Również Nolan w Dunkierce ukazuje nam plażę jednym, płynnym ruchem. Z kolei we wspomnianym już Johnie Wicku wszystkie strzelaniny są bardzo dynamiczne, mimo że wcale nieprędko zmienia się ujęcie kamery. Spotkałem się już z opiniami, że przyjemnie oglądać film zmontowany z takich scen, więc czekam, by zobaczyć to w kolejnych produkcjach Michaela Cuesta.

Uważam, że te zmiany dużo dadzą American Assassin przy budowaniu ewentualnej franczyzy. Nie jest to specjalnie wielkim wyzwaniem. Michael Cuesta pokazał, że potrafi dobrze operować kamerą – świetnie zmontował sceny dialogów. Widok z perspektywy postaci pozwala bardziej osobiście przeżyć rozmowę. Ogólnie rzecz biorąc przez większość filmu kamera jest dobrze prowadzona. Dzięki temu American Assassin jest estetyczny mimo okazjonalnego wyrywania paznokci czy odgryzania uszu.

CO JESZCZE DO POPRAWY?

Innym aspektem do poprawy są efekty CGI. Jeśli pada wybór, by ich użyć, muszą być porządne. To nie gra komputerowa z 2007 roku, standardy są wyższe. Rozumiem ograniczenia budżetowe, jakie mieli twórcy. Ale na ich miejscu raczej unikałbym obnażania tej słabości. Sceny z lądującym helikopterem oraz tonącą torbą nie były niezbędne, za to jakby namalowane flamastrem na plastiku. Przynajmniej na mnie zrobiły takie wrażenie.

Nie chcę się też kłócić o fizykę filmu. Nie jestem specjalistą, więc może da się opanować miotający helikopter lub detonacja bomby w wodzie jest lepsza, niż w powietrzu. Na moje oko fala uderzeniowa będzie wtedy 4-krotnie silniejsza, więc niekoniecznie pomaga ochronić cokolwiek i kogokolwiek przed eksplozją. Co do skażenia, nie wiem, czy wolę mieć radioaktywnie zanieczyszczony akwen, czy atmosferę. Nawet jeśli się mylę, nie wygląda to dla mnie wiarygodnie.

CZY CHCEMY POPEŁNIENIA KOLEJNEGO „AMERICAN ASSASSIN”?

Podsumowując, mam nadzieję, że obserwujemy narodziny nowej franczyzy. Ma ona potencjał zająć swoje miejsce w poczcie filmów akcji. Nawet jeśli twórcy nie będą kontynuować historii Mitcha, są na tropie tworzenia dobrej mieszanki dotychczasowych motywów. Liczę, że jeszcze niejeden obraz pokażą na srebrnym ekranie. A gdyby American Assassin rzeczywiście w pojedynkę, z minimalnym wsparciem CIA, eliminować komórki terrorystyczne – zobaczycie mnie w kinie. Byleby nie było więcej fałszywych obietnic, bo kolejnego zawodu nie wybaczę tej marce.

Źródło: www.purefandom.com

O autorze /

Lubię doświadczać nowych rzeczy i uwielbiam prowokować do dyskusji. Wspaniale jest później obracać się w takim towarzystwie. Dlatego stwierdziłem, że czas zacząć pisać artykuły i doskonalić się, realizując to marzenie ;)

Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. (Więcej informacji)

Pragniemy, żeby 4WebZones było maksymalnie przystosowane i przyjemne dla indywidualnych potrzeb użytkowników. Żeby było to możliwe nasza strona używa plików cookies, o których możesz dowiedzieć się więcej wchodząc w ten link. Korzystając z naszego serwisu wyrażasz zgodę na używanie plików cookies, dlatego prosimy o potwierdzenie w postaci kliknięcia przycisku "Akceptuj"
Pozdrawiamy, ekipa 4WebZones

Zamknij